trasa 2020

Witajcie po dłuuugiej przerwie 🙂

Spowodowanej tym, że ciężko mi się ostatnio zebrać do napisania relacji z biegu – mam zatem nowe postanowienie, że nie będę zwlekała tylko postaram się to uczynić od razu. I prawie się udało. Siadam do napisania relacji z Biegu 7 Szczytów 2020r miesiąc po zakończeniu mojego wyścigu z samą sobą i własnymi słabościami; duuużo ciągle myślę na ten temat – niby się nic nie stało ale jednak głowa moja, tak łatwo nie odpuszcza i analizuje 😉

Do rzeczy… Doświadczenie jakieś miałam na tej trasie i na innych ultra, i to już całkiem dobre. To co się sprawdziło rok temu postanowiłam w tym roku nie zmieniać. Ten rok rządzi się jednak swoimi prawami i nic nie jest takie samo jak było. A ciało i dusza szybko zapominają co złego się działo – pozostają jedynie dobre wspomnienia 🙂

Decyzję o starcie podjęłam na początku roku wtedy też poprosiłam mój niezawodny suport o pomoc w tegorocznej edycji biegu. I się zgodzili … 🙂

(foto ja)

Do Lądka przyjechałam już w środę; bez pośpiechu i na luzie miało odbyć się przygotowanie, pakowanie, ewentualnie ostatnie zakupy spożywcze. Zjedliśmy kolacyjkę w pobliskim barze i poszliśmy spać (z tym spaniem, dzień przed zawodami, to u mnie bywa różnie, tym razem nie było inaczej. Zasnąć nie można a i na zapas się też nie da wyspać 🙂

Wstaliśmy i udaliśmy się poszukiwanie pysznego śniadania w Lądku. YYYY… (zjedliśmy śniadanie).

Czekaliśmy na godzinę 12 żeby jak najszybciej odebrać pakiety. Podeszliśmy do biura zawodów 11:50 i kolejka nas przeraziła. Poszliśmy zagryźć śniadanie serniczkiem z malinami i zapić kawą 🙂 Wróciliśmy po pakiety i już bez kolejki je odebraliśmy. Teraz pozostał wybór ubrań, jedzenia, pakowanie samochodu i podjęcie próby zaśnięcia … nic z tego – położyłam się i z zamkniętymi oczami próbowałam, wyobrażałam sobie przebieg całej trasy i przypominałam, jak to było rok temu. „Covidowa” edycja nieco różni się od dotychczasowych… może nie wszyscy o tym mówią, ale u mnie różniła się 3-4 miesięcznym etapem przygotowań bo o ile treningi i założenia biegowe starałam się mimo panującej pandemii realizować, to startów kontrolnych, które miałam w zeszłym roku było zdecydowanie mniej (a jeśli tak to w wersji covidowej) a do tego treningi na siłowni czy motoryczne się nie odbywały – próbowałam sama w domu zastępować je innymi poczynaniami ale sprzętu i talentu brak. Jednak dotrwaliśmy do czasu, że start miał się odbyć co wszystkich ucieszyło. Wersja Covid od tej w czasach normalnych, różni się przede wszystkim tym, że staramy się zachować bezpieczeństwo, dystans, startujemy falami co 10 sec – czyli nie ma startu wspólnego, na punktach odżywczych jedzenie jest pakowane i podawane prze wolontariuszy, na punkty wbiegamy w maseczkach, ręce dezynfekujemy itd.

Bieg 7 szczytów 240 km i Bieg Super Trail 130 km mają wspólny start w Lądku. W związku z tym , że moja siostra Kinga biegnie 130, wybrałyśmy wspólną godzina startu 17:15 i tak też razem rozpoczynamy w odstępie 10 sec. W nowej wersji biegu nieco inaczej przebiega także trasa – już w samym Lądku idzie szybko pomiędzy budynkami i zaraz wpada do lasu a w późniejszym etapie nie przechodzi na czeską stronę tylko w całości odbywa się po polskiej stronie 🙂 Pojawiło się także kilka innych zmian na trasie – mniejszych lub większych 🙂 Start falami spowodował, że o ile w biegu w zeszłym roku bardzo szybko zostałam sama to tutaj praktycznie na całej długości miałyśmy towarzystwo…

odbiór pakietów i sesja zdjęciowa (foto Łukasz Buszka)

START 17:15>>> Lądek Zdrój przy wspaniałym dopingu kibiców wyruszamy razem z Kingą w trasę. AAAAAA co to będzie?

Punkt pierwszy > Przełęcz Gierałtowska 9 km– ekspresowe uzupełnienie flaska (ponieważ ten punkt jest dosyć szybko od startu – to do niego biegłyśmy tylko z 1 napełnionym flaskiem, żeby nie dźwigać za dużo ciężaru, bo upału nie było) – poszło sprawnie, ale miało nie być tak na wariata jak rok wcześniej i start był ciut wolniej …Gdzieś tutaj pomiędzy tymi punktami zaliczyłyśmy dwa szczyty do KGP, których Kinga nie mogła zrobić na wiosnę ze mną – Kowadło i Rudawiec 😉 więc radość podwójna, najlepsze jest to, że ja tego nie ogarniam gdzie jestem i dopiero w trakcie biegu teren wydał mi się jakoś znajomy 🙂

biegniemy sobie jeszcze się ciesząc jak jest super 😉 (foto Łukasz Buszka)

Punkt drugi > Przełęcz Płoszczyna 35 km – tutaj już było nasz pierwsze spotkanie z Martą i Jerzym, tutaj też zabieramy kije, bo przed nami podejście na Śnieżnik. Uzupełniamy flaski, coś tam zjadamy i lecimy dalej; Tegoroczne „edycje covidowe” oprócz wirusa w tle, jeszcze mają BŁOTO wszędzie i tak też było tym razem >>> zanim rozpoczęło się podejście na Śnieżnik to już miałam mokre stopy (co ma znaczenie w późniejszym przebiegu biegu) przebrnęłyśmy przez bagniste tereny wolniej chyba ze 3 x w porównaniu do roku ubiegłego gdzie tą ścieżkę bardzo dobrze wspominałam. Zaczynamy podejście na Śnieżnik zaczyna się robić nieco chłodniej … im wyżej tym zimniej na samym Śnieżniku delikatnie rzecz nazywają to piździ więc postanawiamy się zabierać jak najszybciej – szybka fotka, że tu byłyśmy (w końcu szczyt do KGP 😉 ten akurat po raz kolejny) i spadamy byle do schroniska, tam na dole nieco cieplej i tak nie wieje. Niby nie daleko, ale trochę się dłuży ale to jeszcze nic – zaczyna się zbieg do Międzygórza – ten to trwał wieczność- my już mamy z nim doświadczenie, że on tak zawsze się ciągnie 🙂 dobiegłyśmy do punktu….

Punkt trzeci > Międzygórze GOPR 50 km… pijemy herbatkę ciepłą – niby ciepła noc ale jednak mam postanowienie, że na punktach piję i jem ciepłe posiłki 🙂 Zjadam jeszcze jakiegoś arbuza i chyba tosta o ile dobrze pamiętam i postanawiam zmienić buty, bo coś moje stopy narzekają na mokro w nich panujące 🙂 jak buty to też skarpety… ruszam w nowym outficie 😉

Ruszamy w dalszą drogę … na początku bardzo fajnie się zbiega trochę można odsapnąć, pamietam jednak, że tutaj zaraz czeka niespodzianka w postaci dosyć licznych schodów na ścieżce edukacyjnej prowadzącej obok wodospadu, schody rzecz jasna do góry a było ich całkiem sporo… potem lekki zbieg jak, już człowiek wdrapie się na górę…niby na mapie prosty odcinek a w rzeczywistości jest coraz ciężej… to już ok. 60 km. czekamy na punkt w Długopolu…

Punkt czwarty > Długopole Zdrój 67 km jeden z punktów przełomowych, ponieważ tutaj jest przepak na trasie, tutaj także dzieją się dziwne historie, dlatego pożarłyśmy, wypiłyśmy co było i ewakuujemy się stamtąd jak najszybciej…Tutaj także zabieramy znowu kije, które na moment zostawiłyśmy na ten lekki poprzedni odcinek (na który akurat by się przydały ;))

podejście na Jagodną … chyba 😉

Wiem co czeka nas za moment bo przerabiałam ten odcinek już nie jeden raz. Podejście na Jagodną ale za nim to nastąpiło trzeba było się zmierzyć z kilkukilometrowym odcinkiem dziurawego asfaltu … i niby trasa prosto w dól ale jakoś to opornie szło. W międzyczasie jednak zrobiło się nieco jaśniej i można było wyłączyć czołówki. Ufff co za ulga – jedna noc za nami -a czołówka przetrwała… podejście na Jagodną jakoś mnie trzyma przy życiu bo chciałam zobaczyć czy nowa wieża już jest otwarta ale niestety wciąż wisi kartka prace odbiorowe. Tutaj też moment czekałam żeby zrobić Kini foto do KGP na szczycie na Jagodnej i zaraz po tym lekko potruchtałam w dół…do punktu w Spalonej.

Punkt piąty > Spalona 84 km…i cudowności same – bulion, pierogi z jagodami – miód na moje serce …. zabrałam wszystko co mieli na punkcie i siadłam na 4 literach żeby na spokojnie ogarnąć temat jedzenia. W tzw międzyczasie dobiegła Kinia! Uzupełniłyśmy flaski, żele, pogadałyśmy ze znajomymi i nawet nie wiem czy długo czy krótko siedziałyśmy ale nadeszła pora wymarszu… najpierw ostro w dół pod wyciągiem a potem już pamiętam tylko fragmenty… bo tutaj na tym odcinku też wyszło tak, że rozstałam się z Kingą i do następnego punktu dobiegłam sama. Ten odcinek dłużył się bardzo, wydaje mi się, że częściowo był zmieniony w stosunku do roku poprzedniego. Nie było jeszcze dramatu ale sił też jakby ubywało z każdym krokiem. Końca nie było widać ale to dlatego, że trasa nie była mi znana. Wylazłam z lasu i zobaczyłam co się święci… „co nieco pod wyciągiem” brzmiało od samego początku złowrogo… Na szczęście jednak kolejny punkt był przed podejściem ….

LOL – punkt w Zieleńcu (foto Piotr Dymus)

Punkt 6 > Zieleniec GOPR 103 km– maska, dezynfekcja, potem jakieś pomarańcze, tosty, ….foto?! w masce? matko i córko! jeden z najlepszych fotografów biegów górskich a ja jak siedem nieszczęść! No i mam foto :)))) Chwilę odpoczęłam ale nie za długo – w głowie ciągle miałam cel >Kudowa! żeby tam dotrzeć a potem jeszcze tylko do Pasterki. Wg moich przemyśleń nad moim stanem ciała i ducha, czułam się bardzo dobrze o wiele lepiej niż rok temu, ale zdawałam sobie sprawę, że tutaj na przebieg całego przedsięwzięcia ma wpływ mnóstwo czynników… stopy już mnie bolały od odcisków, jedno „nadkolano”, drugie „podkolano” i masakryczna ZGAGA od samego początku biegu – męczyła okrutnie a że strasznie dawno jej nie miałam to za bardzo nie miałam pojęcia co z tym fantem uczynić 😦 Znowu odcinek trasy chyba zmieniony bo nie znałam tej części, i nieco się ciągnęło – dobiegłam do punktu z jakiejś innej strony chyba …

Punkt 7 > Jamrozowa Polana 113 km- ooo śmignął mi ktoś na nartorolkach – Ci to zapitalają, nie to co ja – powłóczę jedną nogę za drugą…. spadek mocy jakiś, ale tak właśnie przed Kudową mam, w końcu pierwsza setka za mną 🙂 teraz tylko do Kudowy a potem do Pasterki. W drodze do Kudowy w szczerym polu idąc pośrodku niczego z lampą w postaci słońca waląca prosto w moją głowę i temperaturą chyba z 30 stopni ni stąd ni z owąd zerwała się mega ulewa (dobrze, że dopiero teraz, bo zapowiadali od początku, że ma lać przez 3 dni). Temperatura spadła jakieś 10 stopni w ciągu 5 minut, a krople były takie wielkie że ledwo szło oddychać, myślałam, że się utopię. O tym żeby się ukryć, też nie było mowy – trzy małe krzaczki i trójka chętnych, którzy chcą się ukryć – po 10 minutach stwierdziłam, że to i tak nie ma sensu i ruszyłam w drogę…po chwili przestało lać, wyszło słońce a po dłuższej wszystko wyschło. Do Kudowy już bliżej niż dalej…udało się, dotarłam.

Punkt 8 > Kudowa Zdrój 134 km z czasem 20h22min54sec nie jest źle 😉

Więcej miałam sił niż rok temu i chęci większe na kontynuację całej eskapady jednak odczuwałam ból – najbardziej bolały mnie kolana i stopy od spodu. Więc postanowiłam udać się czym prędzej w dalszą drogę, tym bardziej, że wszyscy kusili obiadem w Pasterce, a ja jeszcze czekałam na to, żeby się umyć i przespać wg schematu z zeszłego roku. No i zaczęło się > jeden z bardziej mozolnych odcinków… już zapomniałam o tym, że tam ciągle pod górkę więc się wlecze niemiłosiernie…niby 15 km tylko, a zajmuje mi to 3h20min….masakra!!! tak jak na to patrzę po miesiącu od zawodów… odcinek już mi niby znany, ja jednak ze swoją orientacją, nie potrafię oszacować co gdzie po drodze jest, jeszcze i pytam o drogę przechodnia ….mijam owieczki i dopiero wiem gdzie jestem i ile do punktu w Pasterce.

zupa!!! i ja lekko zmęczona 😉 (foto Łukasz Buszka)

Punkt 9 > Pasterka 145 km – … marzenie o kąpieli, spaniu i jedzeniu spełnione – na wszystko miałam ok. 1h – najpierw zupa, potem kąpiel, czyste ciuchy – stopy ubrane w warstwę sudocremu i wszystkiego co mi dobrzy ludzie użyczyli, żeby jakoś moje stopy zabezpieczyć i teraz spanie 🙂 szybko poszło zaśnięcie, gorzej ze wstaniem – zrobiło mi się zimno… i nie mogłam się rozbudzić… zjadłam naleśnika, ibuprofen i polazłam jak na skazanie na Szczeliniec.

Punkt 10 > Szczeliniec 148 km – chciałam go zrobić zanim zrobi się ciemno, zdążyłam, nie zgubiłam się, choć momentami coś za długo mi się wydawało, że jestem w labiryncie i już zaczynałam panikować że łażę dookoła i nigdy się nie wydostanę ;)))))) ale pojawił się mój znak rozpoznawczy, po którym wiem, że w prawo mam skręcić w stronę schodów na dół… zlazłam 😉 tutaj także spotkałam sympatycznego kolegę Mariusza, który postanowił nie opuszczać mnie w środku ciemnego lasu i do następnego punktu dzielnie mi towarzyszył…. był dzielny bo bardzo spowolniłam go strasznie – zasypiałam i nie byłam w stanie zapanować nad zamykającymi się oczami – jakoś szłam ale niewiele pamiętam może poza tym, że się obudziłam zaraz jak przywaliłam dużym palcem w kamień (pamiątka pozostanie ze mną na jakiś czas ;)) to był dosyć długi odcinek i też dłużył się niemiłosiernie aż zaczęli wyprzedzać nas zawodnicy z dystansu 110 km. Podobno coś gadałam bez sensu, majaczyłam ale szczęśliwie dotarłam do punktu. Dziękuję za wsparcie i do zobaczenia na innych trasach w lepszej formie 🙂

Punkt 11 > Ścinawka 170 km- liczyłam na ognisko ;)))) bo w nocy zrobiło mi się już chłodno a tempo miałam nie za szybkie – nie było ognia i dostałam jakiejś telepawki i dreszczy, oczy same mi się zamykały nad jedzeniem więc postanowiliśmy, że kilka minut się w śpiworku prześpię (z 10 minut zrobiło się 30 minut) ale tak mi było zimno, że na dalszą drogę postanowiłam zabrać kurtkę puchową i wiatrówkę 🙂 do tego wszystkiego jakby było mało, nie mogłam nic zjeść ani wypić bo zgaga cały czas mnie męczyła – już zdiagnozowałam same najgorsze rzeczy u siebie …

dobranoc pchły na noc 😉 foto Jerzy

Po dłuższym czasie ruszyłam w trasę, ale to co wyprawiałam to był totalny cyrk na kółkach, bo częściej skręcałam do pobliskiego rowu niż szłam po trasie … na tyle jednak miałam trzeźwy umysł, że analizowałam za i przeciw kontynuowania tej męki…na 180 km w Słupcu postanowiłam, że schodzę z trasy…czy to była dobra czy zła decyzja??? analiza trwa w mojej głowie 😉

Bieg był na 240 km, zakończyłam na 180 km a medal mam ze 130 km 🙂 Ciesze się, że zrobiłam treningowo 180 km 🙂

mój ci on 🙂

Przeciwko dalszemu bieganiu nazbierało się sporo: odciski na obu stopach, ból – jedno „podkolano” jedno „nadkolano”, zgaga, niemożliwość zapanowania nad zasypianiem (do końca nocy jeszcze jakieś 4h), dreszcze i do tego coś co przeważyło szalę – niemożliwość kontynuowania biegu (jeszcze przez 60 km) bez jedzenia i picia, bo sama myśl powodowałam odruch …

Może do tego, że zakończyłam bieg przed czasem przyczynił się też fakt, że już ukończyłam raz B7S i gdyby nie to, zmusiłabym siebie do kontynuacji;

Może mogłam iść spać na dłużej w Ścinawce bo nic mi nie groziło nawet gdybym ze 3h spała, może nie musiałam iść spać w Pasterce tylko kontynuować ile się da aż nastanie noc i dopiero wtedy iść spać

Nie wiedziałam też, że biegnę na 3 pozycji (nie dopytywałam i nie chciałam wiedzieć co i jak… może jednak powinnam wiedzieć ;))

W każdym razie czy zrobiłam dobrze czy źle nie wiem i się nie dowiem, ten rok jest wyjątkowy! Na przebieg całego wydarzenia ma mnóstwo czynników – od przygotowań (tutaj sobie nie mogę nic zarzucić) – odgórne obostrzenia i odwołane biegi spowodowały, że nieco inaczej w tym roku rozgrywałam ten etap; może pogoda była inna (zimniej zdecydowanie w nocy i dużo mokrego i błota na trasie); a może ja nawaliłam i za mało jadłam, piłam, źle się ubrałam, złe buty itd.

Można się zastanawiać ale to i tak nic nie zmieni 🙂 Piszę tą relację kilkanaście dni po – zaczęłam od razu, potem stwierdziłam, że to nie ma sensu a potem, że przecież przyda mi się to na za rok … no bo jednak nie rzucam tego biegania 😉

P.s. po takim czasie to raczej nikt tego nie przeczyta ale jakby ktoś planował za rok to może powinien przeczytać jakich błędów nie popełniać 😉 choć to jednak trudne, bo to co u mnie sprawdziło się rok wcześniej tutaj nie zagrało ale może chociaż podpowiem na co zwrócić uwagę…

B7S 2021 nadchodzę … i tak do skutku ….

Ja w tym roku dziękuję jak w zeszłym Marcie i Jerzemu mając nadzieję, że z takim suportem jeszcze raz spróbujemy :))))

Mojej Kini za towarzystwo przez 100 km – za rok sama wiesz co 🙂

Koledze z trasy Mariuszowi za wspólne kilometry i za spowolnienie przepraszam 🙂

Trenerowi mojemu za to, że mnie nie ubił ale brakowało mi jego kopa w tyłek jak w zeszłym roku 😉

Wszystkim wolontariuszom i dobrym duszom ❤

Jeszcze dwa słowa o sprzęcie:

BUTY, w których biegłam większość trasy to SALOMON s-lab sense ultra oraz  NIKE TERRA KIGER 5, kompresy ZERO POINT, KALENJI

Zegarek Garmin fenix 5- ładowany w trakcie z powerbanka bez przerywania treningu (na tracku wytrzymuje prawie 100 km z wyłączonymi prawie wszystkimi funkcjami) ładowałam go w plecaku podłączyny do powerbanka na odcinku z Zieleńca GOPR do Jamrozowej Polany – naładował się do 76%

Czołówka SILVA Trail Runner 3 Ultraładowana w aucie po pierwszej nocy – gotowa była na drugą noc

Kijki do biegania w terenie Black Diamond Distance Carbon Z

Kamizelka Salomon Adv Skin 5

ŻELE Enervit, tabletki Enervit, magnez

I to chyba na tyle – jeśli macie jakieś pytania i o czymś zapomniałam piszcie i pytajcie dopóki pamiętam 

pozdrawiam Kasia

15 myśli na temat “180 km na DFBG 2020… co się wydarzyło? ;)

  1. No to ja przeżywam stokroć bardziej … nie biegłam i nie pobiegnę nigdy takiego dystansu, jestem obok i tak patrzę … i chcę pomóc ale nie zawsze mi to wychodzi … teraz wiem,że trzeba zabrać jeszcze coś na zgagę nie tylko na zawirowania żołądka i bóle nóg … i pewnie bardziej stanowczo kazać Ci się ubierać cieplej … oj człowiek uczy się całe życie, support też 😉 lowju Młoda 😉

    Polubienie

  2. Trzeba umieć podjąć decyzję trudną dla swoich ambicji, ale mądrą, biorąc pod uwagę stan zdrowia, zmęczenie, czy cokolwiek innego; to też świadczy o sile Twojego charakteru. Ja i tak jestem pełna podziwu dla Ciebie i wyzwań, których się podejmujesz i szczerze Cię podziwiam i kibicuję👍

    Polubione przez 1 osoba

  3. Niezmiennie podziwiam Cię Kasiu za wytrwałość i waleczność, a po tej relacji jeszcze za rozsądek. Nie wiem, czy byłabym na tyle rozsądna w takiej sytuacji, żeby rozpoznać i zaakceptować moją własną granicę możliwości. Szacun Kasia i gratuluję po pierwsze startu w takich zawodach, a po drugie pokonania takiego dystansu. 😍

    Polubienie

  4. Kasiu,relacja pięknie napisana.
    Dla mnie 180 km ,to jest coś niewyobrażalnego do przebiegnięcia.
    240 km już było i nie musi być.
    Najważniejsze jest to,że w chwili zagrożenia zdrowia podejmujesz mądre decyzje.
    I jeszcze coś -cieszę się,że jestescie dwie siostry ,wspierające się.
    ( tak skromnie powiem,że trochę w tym mojej zasługi,część życia spędziłyście pod moimi skrzydelkami )
    Kocham .

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s