profil trasy B7S

18-20 lipca 2019

Moja niezwykła podróż podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich – biegiem 240 km. Wstęp nieco przydługi 😉 ale po to żeby za rok tych samych błędów nie popełniać …

Moja przygoda rozpoczęła się w dniu, w którym pomyślałam o Biegu 7 Szczytów, że może mogłabym kiedyś spróbować podjąć się tego wyzwania…Myślenie nie trwało zbyt długo…

W momencie, w którym pomyślałam rozpoczęłam przygotowania do tego przedsięwzięcia… czyli intensywne treningi pod okiem trenera od października 2018 roku. Choć pakietu jeszcze wtedy nie miałam to podczas rozmowy z trenerem ta pozycja była kluczową i pod nią praktycznie został ułożony cały plan – razem z wszystkimi startami przed biegiem docelowym, które miały przygotować organizm do ciągłego, intensywnego wysiłku. Sam proces treningowy również wymagał wielu wyrzeczeń, wielu dni intensywnego treningu – nie tylko biegowego, także na siłowni czy sali fitness a czasami w domu…ale dawał ogromną satysfakcję i radość 🙂

Do Lądka przyjechałam w czwartek około południa z myślą, że odbieram pakiet, idę jeść, wybrać ostatecznie rzeczy do biegania i spać -ha, ha, ha! No jak to z planem, zrąbał się w punkcie pierwszym, ponieważ po pakiet to ustawiła się całkiem spora kolejka i zajęło nam to około 1,5h.

Z pakietem odbierałam także tracker’a, który miał umożliwić osobom zainteresowanym zlokalizowanie mnie na trasie biegu. Punkt drugi czyli idziemy jeść! Plan dobry, ale inni też poszli jeść i skończyły się miejsca w knajpach. Znalazłyśmy miejsce z Martą, ale odczekać swoje po pierogi musiałyśmy. Zero stresu! Gość w knajpie to musiał być zestresowany jak mu nagle tyle luda wpadło na obiad.

Najedzone, idziemy się pakować…

Zmiana decyzji co do kompresów ze 3 razy! Bo wszyscy biegną w kompresach, a gość w podcaście mówił, że mu łydki wybuchły i kompresy się ze skórą rozpadły. Co robić? Panika… Koniec końców plan planem – stanęło na kompresach ale w razie czego na punkcie się ich pozbędę…Wszystko gotowe. Mogę iść spać!

Próbuje zasnąć, kręcę się wiercę – nic z tego!… sprawdzam telefon a tam…mama: „cześć córeczko! Co u Ciebie słychać?” -yyyy nie mówiłam, że staruję za godzinę w Biegu 7 szczytów?… hmmm. O sprawę załatwiłam zwalając na siostrę – ona lepiej sobie radzi w rozmowach z mamusią więc wytłumaczyła, że zamierzamy pobiegać w okolicy Lądka i do niedzieli nas nie ma ….mama jednak z „internetów” się dowiedziała co się święci 😉

przed startem 😉

Godzina 18:00 czwartek – Start z Lądka do Lądka …


Ruszyliśmy … nieco mozolnie, ospale w tłumie chyba 500 osób – nikt się specjalnie nie wyrywał 😉

Tak sobie truchtaliśmy w idealnej pogodzie przy blasku promieni słońca, przenikającymi  pomiędzy gałęziami… nikt się do nikogo nie odzywał… tzn. ja nie miałam z kim pogadać – do pierwszego punktu na Przełęczy Gierałtowskiej jakoś minęło, uzupełniłam tylko wodę – mało, ale jednak jej ubyło, potem pomyślałam, że zawalę jak nie będę piła i piłam jak mi przykazano 😉 tylko coś mi się pochrzaniło, że drugi punkt jest na 22 km a był na 32 km – tak więc po tym jak się brutalnie dowiedziałam, że to nie tak jak wymyśliłam biegłam praktycznie na resztkach wody i izotonika… aż do spotkania z moją ekipą na 32 km. Na szczęście zaszło już słońce i pragnienie nieco się zmniejszyło. W tzw. międzyczasie uprzejmi panowie poinformowali mnie, że chyba ciut za szybko biegnę, bo tempo mam o minutę na km szybsze niż rekord trasy więc się zdziwiłam ale zwolniłam … chyba.

Na punkcie na Przełęczy Płoszyna pożarłam arbuzy i banana, uzupełniłam flaski, zabrałam kije i poleciałam… na Śnieżnik. Podobno najcięższe podejście, dlatego też chciałam mieć już za sobą bo potem to „lajcik” – zostałoby 190 km tylko … podejście było extra, cudownie księżyc oświecał drogę a na dodatek zaczynały się fragmenty, z którymi miałam już fajne wspomnienia więc było o czym myśleć. Nie mówiłam tego jeszcze ale ten fragment potwierdził, że bieganie w nocy jest najpiękniejszą rzeczą w bieganiu ultra, biegnie się praktycznie samemu bo ludzie już się w stawce porozciągają, od czasu do czasu minie Cię ktoś np. z dystansu 130 😉 pytając co ty tutaj robisz?!?
Zdziwieni 😉 biegnę 240 km, dalej niepewnie czy się uda ale przez pierwsze 100 km daję z siebie wszystko a potem się toczę – taki plan przecież był… Po Śnieżniku był punkt w Międzygórzu, ale coś go nie pamiętam za bardzo – chyba oddałam kije, które jak się później okazało mogłam zabrać bo akurat by się przydały…Dotargałam się do Długopola i tam mnie nachodziły dziwne odgłosy ludzi co niedomagali więc się zawinęłam czym prędzej co by i mi się nie udzieliło… wiedziałam też, że zaraz powinno robić się jasno i wtedy dopadające mnie zmęczenie po pierwszej nieprzespanej nocy nieco ustąpi – taką miałam nadzieję 😉  ku mojemu zaskoczeniu rozpoczął się odcinek, który znałam z tras narciarskich biegowych ale podejście na biegówkach na Jagodną było zdecydowanie krótsze niż to na własnych nogach, na szczęście zakończyło się przecudnym wschodem słońca, o różowo-fioletowej barwie na szczycie a kilka kilometrów już był punkt w Spalonej gdzie czekała moja ekipa.

Jagodna

Extra widzieć ich na każdym punkcie!!! Właściwie nie myślałam o niczym innym tylko o tym, że zaraz spotkam ich znowu i jakoś łatwiej mi te odcinki mijały. Pozbyłam się czołówki. Dostałam ciepły rosołek, podobno były pierogi 😉 ciepła herbatka, coś tam jeszcze pożarłam, zabrałam żele i kije i poleciałam do Masarykowej Chaty. Już było jasno – biegło się całkiem fajnie ale tu po raz pierwszy zaczęłam odczuwać zmęczenie – okolice 80 km. Te tereny nie były mi znane – całkiem fajna okolica i chyba tam wrócę na jakieś bieganie.

tutaj myślałam, że na górze czyha na mnie dwóch zbójów 🙂

Następny punkt to Jamrozowa Polana. Tam się spodziewałam większej ekipy. Kinia już wstała i dzwoniła co mi potrzeba, jakoś na nic nie miałam ochoty ale pomyślałam o kawie na moje zamykające się oczy…nie pomyślałam jednak, że już jest upalnie i taka gorąca kawa to mnie dobije w tej temperaturze… kawka czekała – upiłam ze trzy łyki coś tam zjadłam i chyba w nie najlepszym stanie poszłam! dalej…

jakby mniej radości 🙂

Poszłam to idealne określenie – bo od mniej więcej 90 km do 130 km był to najgorszy mój odcinek…do tego stopnia, że przez tą odległość uknułam plan, że 130 km to piękny dystans i kończę tą przygodę w Kudowie, a za rok spróbuje znowu podejść do 240 km…

Tak! Tak zrobię – dobiegnę do Kudowy i zejdę z trasy…

I tak będę zadowolona … przecież 😉

[Tego Wam nie mówiłam … za przebiegnięcie 240km miałam kupić sobie prezent, nagrodę  zwał jak zwał – wiedziałam co to będzie i to miało mnie zmotywować do biegu…nagroda pocieszenia tez może być ;)]

Więc podjęłam decyzję, że złażę bo to przecież już nie bieg tylko chodzenie a do tego wszyscy mnie już wyprzedzają (czytaj jedna dziewczyna) i spadłam z drugiej open na trzecia pozycję wśród kobiet, gdzie przecież ja dla miejsca nie startowałam!!! Nie, nigdy! ja tylko żeby ukończyć… dramat jak można się tak wlec – przecież to wstyd, jednak jak człowiek zmęczony to bredzi…

Dobra dobiegłam do Kudowy! Jest!!! Koniec!!! idę na piwo, którego nie cierpię…

Siadam na ławce a tam Rafał B. „świetnie wyglądasz, ale się tutaj nie rozsiadaj bo to zły pomysł tylko spadaj do Pasterki”

Przyszła ekipa „jak coś chcesz to mów, i spadaj…”

-ale, ja już nie idę dalej…

Przyszedł trener – tak się jakoś złożyło, że też był w Kudowie 🙂

Usiadł, wydał instrukcję „idziesz do Pasterki, jesz, myjesz się i idziesz spać na godzinę, wstajesz idziesz na Szczeliniec i już masz siły… spadaj z Kudowy”

Tadam!!!

Upierdliwi jak nic … polazłam na najdłuższy 18 km!!! 😉 odcinek z Kudowy do Pasterki, która było „miejscem marzeniem” w mojej głowie aby tam dotrwać 😉 zajęło mi to mnóstwo czasu, ale jakoś dotrwałam i zrobiłam jak przykazano…

Szybki szałer, przepyszna zupa pomidorowa – najlepsza jaką jadłam i spanie na jedną godzinkę. Materace były pościelone na strychu, do tego dostałam śpiworek i miałam zasnąć i się wyspać w godzinkę… prawie się udało, ale ból bioder i zakwasy tak łatwo mi nie pozwoliły na zaśnięcie – coś tam się pokręciłam i po godzinie mnie obudzili. Jakby z gorączką wstałam w nowych ciuchach, założyłam świeże skarpety, buty, zeżarłam dwa ciasta i na wszelki wypadek dwa ibuprofeny i miałam iść do następnego punktu, który było oddalony o niecałe 3 km i znajdował się  na Szczelińcu- do tego momentu miałam się rozbudzić i nabrać mocy i sił …i wiecie co??? tak się stało!!! Zbliżał się wieczór, a ja znowu mogłam biec … zniknął ból pleców, który mnie dobijał a wynikał z targania ciężkiego plecaka/kamizelki, ból pośladków, nóg, zakwasy jakby się zmniejszyły i uczucie gorączki zniknęło…CUD!

Teraz drugi punkt wycieczki, który przyprawiał mnie o zawrót głowy (choć byłam tam nie jeden raz w ostatnim czasie) to bałam się labiryntu na Szczelińcu, bo to jedyny nie oznaczony odcinek a do tego opowieści innych współbiegaczy, jak to rok temu biegali w kółko…jedna myśl w głowie… przed białą brzozą skręć w prawo i jak będą schody to dopiero na dół – inny wariant to zły wariant…

Biegnę dalej…jestem już na 165 km, mniej więcej zaraz będzie Ścinawka ale truchtam sobie z poznaną koleżanką przez Wambierzyce a tu ktoś mi macha z daleka – prawie noc a znajomi Mariusz z Ewą przyjechali na trasę SZOK! Bardzo im dziękuję… takie momenty zapamiętuje się do końca życia…poleciałam dalej – nie chciałam ich zatrzymywać bo kolega miał swój start o 6 rano więc musiał się wyspać 😉 byle do Ścinawki >tutaj jest fajnie, bo to znane rejony z KBL’a – biegu 110 km sprzed roku, więc czuję się jakbym już była w domu choć do końca jeszcze z 80 km… truchtam, coś tam pogadam do siebie, odbiegnę, to mnie dogonią i tak się toczy kolejnych kilka km aż dobiegam do dosyć długiego zbiegu i odpalam nie wiem skąd przybyłe moce… byle do punktu w Ścinawce i tutaj to już o mało się nie poryczałam … Grażka z Cyprianem i z Alą wpadli na moment do Ścinawki, żeby się ze mną zobaczyć – nie wierzyli, że jeszcze żyję 😉 spotkanie z Karolinką z ekipy wspierającej Dawida…

Nawiedził mnie też kleszcz na mojej prawej ręce – afera na sto dwa z 10 osób mnie ratowało…i 2/3 mojego ciała i umysłu czyli ekipa wspierająca Marta i Jerzy, którzy zadbali i pamiętali zawsze o wszystkim… znowu zjadłam coś dobrego, ciepłego … i pobiegłam… byle do Przełęczy Wilczej i byle już ta noc się skończyła. Już miałam etap trzy kroki i otwieram oczy, zamykam na trzy kroki i otwieram… aż tu nagle na drodze leżał włochaty różowo-zielony jednorożec; musiałam go ręka przegonić aby sobie poszedł. To były jedyne zwidy jakie kojarzę ale nocy i zamykających się oczu ze zmęczenia bałam się najbardziej…były jeden jedyny raz 😉 zaliczone!

biegnę?

Po przebiegnięciu Nowej Rudy i zaliczeniu po drodze kilku imprez towarzyskich zaczyna się coś dziać bo doganiają i wyprzedzać zaczynają mnie zawodnicy z dystansu 110 km, który startował o 20 w piątek z Kudowy…jakieś towarzystwo wreszcie co prawda na 5 sekund ale zawsze coś 😉 Mija mnie Mateusz – popędził…

Dobiegam po jakimś czasie do Przełęczy Wilczej a tam powinno zaraz świtać, i tak się zbieram a tutaj przemknął Piotrek.

 Nie chce mi się wychodzić  stamtąd, bo wiem co mnie zaraz czeka – dosyć spore podejście i jeden z dłuższych odcinków który wiedzie do Barda … zaraz po nim zostaje jeden mniej więcej maraton i po krzyku…więc napieram byle do Barda – niech się już jasno robi do cholery bo chcę się pozbyć czołówki a poza tym chcę mieć drogę krzyżową już za sobą…od punktu do punktu i tak minęło 200 km. Yupi! Kolejna granica przekroczona tego się nikt nie spodziewał bo plan planem a rzeczywistość może się okazać zupełnie inna… zrobiło się jasno, a jak jasno to nie powinno się chcieć spać – nic bardziej mylnego bo kamienie zrobiły się jakby falujące i znowu to samo trzy kroki się budzimy …na przeciwnym brzegu drogi i takim to zygzakiem do przodu do Barda >>> dobrnęłam… zamieniam buty mam już odcisk na nodze albo kilka …zjadam co tam jest ciepłego – barszcz i pasztecik, zamieniamy trzy zdania z Anią co biegnie 110 km i nie ma co siedzieć idę na swoją drogę krzyżową… idę z myślą, że może Kinia mnie zaraz dogoni. Idę i spotykam fajowych panów fotografów – oni zawsze coś zagadają…no ale nie ma co pitolić – bo teraz chyba odcinek co miał właśnie z 7 szczytów (organizator to się chyba pomylił i ten bieg to ma z 77 szczytów w sumie ;)) jak to się ciągnęło!!!! Udało mi się raz nie popatrzeć pod nogi na całym biegu i to chyba była Ostra Góra a  z niej piękny widok na okolicę. Jak już tak biadoliłam nad swoim losem to dotarłam do Przełęczy Kłodzkiej a stamtąd to prosto asfaltem do Orłowca i mimo, że nie miałam siły, to już wiedziałam, że jakoś doczołgam się do końca, więc wstąpiły we mnie nowe siły; tu czy tam z kimś zagadałam, zrobiło się raźniej a cel był na wyciągnięcie ręki. W Orłowcu za długo już się nie rozsiadałam, wiedziałam że zostało 6 km pod górkę i 6 km w dół i koniec. Na zbiegu zaczęli pojawiać się zawodnicy z 21 km, którzy pędzili, więc głupio było iść – udało się od czasu do czasu podbiec. Trochę to trwało, ale każda sekunda przybliżała mnie do upragnionego końca.

telefon do rodziny, że żyję

Meta w Lądku pokazała się po 43 godzinach 10 minutach; skończyłam jako 4 kobieta i pierwsza w mojej kategorii k40. Cel został zrealizowany w 100%!!!

my treasure

Ta historia jest tak piękna , że nie chciałam żeby się skończyła. To się więcej nie powtórzy!!! Już nie pobiegnę więcej mojego pierwszego Biegu 7 szczytów… smuteczek 🙂

Musze jednak przyznać, że sama bym tego nie zrobiła…miałam taką ekipą ludzi wspierających mnie na trasie, na każdym punkcie mogłam liczyć na ich pomoc 😉 też nie spali, czuwali, pilnowali, pomagali i jak trzeba było ochrzanili i wywalili z punktu 😉 najlepsi !!! bez nich by się to nie udało Marta & Jerzy dziękuję…Jestem Wam bardzo wdzięczna!

the best 🙂

Chciałam też podziękować trenerowi Piotrkowi, z którym zaczęłam współprace w październiku i dzięki któremu przygotowałam się fizycznie do tego wyczynu. Dziękuję za wsparcie merytoryczne, praktyczne i za wywalenie mnie z Kudowy 😉

I generalnie rodzince, która mnie wspiera na swój sposób 😉

I wszystkim, wszystkim znajomym – dostałam od Was mnóstwo wiadomości, motywatorów i innych kopniaków. Mam nadzieję, że na wszystkie odpowiedziałam choć pewnie z opóźnieniem za co przepraszam …

*****

Przygodę z bieganiem rozpoczęłam w 2013 od kompletnego zera, pochłonęło mnie to – jest sposobem na życie, na codzienność, na problemy, sprawia mnóstwo radości, daje możliwość poznawania najpiękniejszych zakątków świata a do tego poznałam wielu cudnych ludzi i za to jestem najbardziej wdzięczna – nie kończę tematu z bieganiem dopiero się rozkręcam i korzystać będę dopóki mogę 😉

Regeneracja w moim przypadku przebiega bardzo szybko, zakwasów nie było, bolały mnie stopy a cała reszta jak najbardziej na swoim miejscu. Najważniejsze, że bez kontuzji 🙂

Nic nie schudłam bo zjadłam więcej niż spaliłam … zasnęłam na trawie ale dopiero wieczorem a następnego dnia po siódmej byłam już wyspana ot taki organizm co zrobić? 😉

Najgorzej idzie mi z opisaniem wszystkiego – nie chciałam pominąć szczegółów bo sama szukałam informacji na temat B7S i niewiele znalazłam – może ktoś skorzysta z moich doświadczeń.

****

Sprzęt, z którym biegłam:

BUTY, w których biegłam większość trasy to SALOMON s-lab sense ultra oraz  NIKE WILDHORSE, kompresy ZERO POINT

Zegarek Garmin fenix 5- ładowany w trakcie z powerbanka bez przerywania treningu

Czołówka SILVA Trail Runner 3 Ultra

Kijki do biegania w terenie Black Diamond Distance Carbon Z

Kamizelka Salomon Adv Skin 5

ŻELE Enervit, tabletki Enervit, magnez

I to chyba na tyle – jeśli macie jakieś pytania i o czymś zapomniałam piszcie i pytajcie dopóki pamiętam 🙂

p.s. jak ktoś dotrwał do końca niech da znać czy to jest zjadliwe? chciałam zawrzeć jak najwięcej szczegółów, które mogą być pomocne w przygotowaniu do długich biegów p.s.1 trochę inaczej by to wyglądało w momencie gdybym nie biegła z suportem wtedy do ogarnięcia zostają przepaki – ten element mi odpadł.

pozdrawiam, Kasia

foto w tym poście Jacek Deneka, Piotr Dymus, Rafał Bielawa, Łukasz Buszka, Ania, Kinga i ja

12 myśli na temat “Bieg 7 Szczytów

  1. Kasiu! Czyta się super!!! Ciągle się zbierałam, aby popytać Ciebie o ten bieg. Nawet byłam u Ciebie 😉, ale gdzieś pobiegłaś. Ciekawiło mnie np., jak to jest w nocy, czy się jest ciągle w trasie? I o tym napisałaś.
    Ponieważ ja lubię czytać o ludziach i o tym, co robią, to w sumie czuję niedosyt. Za mało….zwłaszcza, że tak lekko się czyta. Dziękuję!

    Polubienie

  2. Ładnie napisane. Na pewno przyda mi się ten tekst i będę pamiętał o jednorożcu. Na trasie również Cię widziałem choć biegłem 110. KBL. Pozdrawiam i gratuluję

    Polubienie

  3. Kasiu gratuluję jeszcze raz wytrwałości i sukcesów w dąźeniu do celu 😚 , siły i determinacji. Pięknie opisałaś walkę ze sobą i umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach ! Jestem pełna podziwu dla Ciebie 😍

    Polubienie

  4. Super opis. Przepięknie się czyta. Ja robiłem 68km, ale przymierzam się powoli do tego magicznego dystansu. Ale najpierw dystanse 100+.
    Mam trenera, regularnie ćwiczę. Spróbuję za 2 lata.
    Dziękuję. Super inspiracja.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s